RAPORT WITOLDA PILECKIEGO Z AUSCHWITZ

Wracam do momentu, gdy znalazłem się po raz pierwszy w miasteczku w mieszkaniu esesmana. Mam pisać co prawda o suchych faktach… Widziałem już w Oświęcimiu straszne obrazy – nic mnie nie potrafiło złamać. A tu, gdy mi nie groził żaden kij i żadne kopnięcie, poczułem jak serce nagle podeszło mi do gardła i było mi ciężko, jak nigdy dotąd…

Podaję tu to, co faktem było bezwzględnie. Jest to jednak fakt z głębi mego wnętrza i może dlatego nie jest tak suchy.

Zostałem sam przed „zadaniem z piecami”, lecz nie o piece chodziło… Jak to – więc jest nadal świat i ludzie żyją, jak żyli? Tu domki, ogródki, kwiaty i dzieci. Radosne głosy. Zabawy. Tam piekło – mordowanie, przekreślanie wszystkiego, co ludzkie, co dobre… Tam esesman jest katem, oprawcą, tutaj – udaje człowieka.

Gdzież więc jest prawda? Tam? Czy tu?

W domu zakłada swe gniazdo. Przyjedzie żona, a więc i uczucia jakieś w nim mieszka. Dzwony w kościele – ludzie się modlą, kochają, rodzą, a tuż obok – katują, mordują…

Powstał we mnie wtedy jakiś bunt. Były to chwile ciężkiego zmagania. Potem przez cztery dni, chodząc do pracy przy piecach widziałem na przemian to piekło, to ziemię. Czułem się tak jakbym był raz po raz wpychany to do ognia, to do wody. Tak! Hartowano mnie wtedy.

Tymczasem pierwsza „piątka” zrobiła już „parę kroków” naprzód, zaprzysiężono kilku nowych członków. Jednym z nich był kpt. „Y”. Na imię miał Michał. Kapitan Michał podchodził do sprawy w ten sposób, że pomagał rano przy ustawianiu piątek do pracy. Przy kapach wymyślał kolegom i zrzędził, równając szeregi oszczędził niejednemu więźniowi kapowego kija, robił sam wiele ruchu i hałasu, a mrugał znacząco do współtowarzyszy, gdy kapo stał do nich plecami. Kapowie zdecydowali, że nadaje się na „dwudziestkowego” i powierzyli mu cztery piątki, robiąc z niego „Vorarbeitera”. Ten właśnie Michał uratował mnie w dzień krytyczny, gdy musiałem gdzieś zniknąć z oczu kapów. Wpakował mnie do dwudziestki zaprzyjaźnionego już „unterkapa”, w jednym z komand wychodzących przez bramę do pracy.

Trafiłem do oddziału pracującego w polu, tuż koło willi komendanta lagru. Tymczasem w obozie szukano „Offensetzera”, aż Otto znalazł innego więźnia i piątka wyszła do pieców jak zawsze. Przez cały dzień padał deszcz i dął wiatr. Pracując w polu, z którego robiliśmy w przyspieszonym tempie ogród dla komendanta, mokliśmy wszyscy – zdawało się – do głębi ciała; zdawało się nam również, że wiatr przeszywa nas na wylot. Suchej nitki nie było. Wiatr obracał nami długo (nie można było stać do wiatru jedną stroną), mroził nam krew w żyłach i tylko robota – szybka praca łopatą – wydobywała jeszcze z zapasów własnej energii trochę tego ciepła. A energią trzeba było gospodarować oszczędnie, gdyż zregenerowanie jej było bardzo wątpliwe… Drelichy kazano nam zrzucić. W koszulach, boso, w grzęznących w glinie drewniakach, bez czapek, z ociekającymi wodą głowami, gdy deszcz przestawał padać, parowaliśmy jak konie po biegu.

Rok 1940, szczególnie jesień, dał się we znaki więźniom Oświęcimia ciągłymi deszczami, szczególnie w czasie apeli. Apel z deszczem stał się chronicznym zjawiskiem, nawet w dzień, który można by zaliczyć do pogodnych. Mokli na apelu wszyscy – ci, którzy pracowali przez cały dzień w polu, jak i ci, co pracowali cały dzień pod dachem. Do pracy pod dachem przede wszystkim dostawały się „stare numery”, to znaczy ci, którzy przyjechali dwa, lub najwyżej trzy miesiące przed nami. Te miesiące to była ogromna różnica i „w posadach” (bo wszystkie pod dachem były poobsadzane) i w przeżyciach. W ogóle więzień, który przyjechał o miesiąc później, nie tym się różnił od kolegów, że siedział tu krócej, lecz tym, że nie zaznawał już takich udręczeń, jakie stosowano jeszcze przed miesiącem. Metody jednak stale się zmieniały i zawsze było ich dość u całej plejady dozorców, naganiaczy i innych ciemnych typów, którzy chcieli się w ten ohydny sposób przypodobać władzy.

Tak było i w następnych latach. Lecz na razie nikt o latach nie myślał. „Kazik” (na 17 bloku) powiedział nam kiedyś, że najgorzej to przetrwać pierwszy rok. Niektórzy śmiali się serdecznie. Rok? Na Gwiazdkę już będziemy w domu! Niemcy nie wytrzymają. Anglia, itp. (Sławek Szpakowski). Innych ogarniała zgroza. Rok? Któż tu wytrzyma rok, kiedy codziennie człowiek bawi się w ciuciubabkę ze śmiercią… może dziś… może jutro… I dzień czasem wydawał się rokiem. I dziwnie dzień wlókł się w nieskończoność. Czasami, gdy sił brakowało do pracy, którą jednak wykonać trzeba było – godzina wydawała się wiekiem, tygodnie natomiast mijały szybko. Dziwne, ale tak było – zdawało się niekiedy, że coś albo z czasem, albo ze zmysłami już nie jest w porządku…

A że ze zmysłami nie było już tak, jak u ludzi… jak u ludzi, hen, tam daleko. To pewne…

…Oto – gdy po ciężkich przejściach zżyliśmy się już trochę ze sobą, a przeżycia zacieśniły więzy przyjaźni mocniej niż tam na ziemi… gdy się miało swą „paczkę”, w której nawzajem się wspomagano i ratowano, ryzykując nieraz własnym życiem… gdy nagle na twoich oczach, bracie, zabijano ci przyjaciela, mordując go w najpotworniejszy sposób – zdawało się jedno! Rzucić się na oprawcę i zginąć razem… Tak też parę razy było, lecz zawsze przynosiło to tylko jeszcze jedną śmierć… Nie, to nie jest wyjście! W ten sposób zginęlibyśmy zbyt szybko…

Więc widziało się powolną śmierć przyjaciela i niejako konało się z nim razem… przestawało się istnieć razem z nim… a jednak człowiek odżywał, odradzał się, przeradzał. I jeśli tak dzieje się nie raz, a powiedzmy dziewięćdziesiąt – to trudno, staje się kimś innym, niż było się na ziemi… A ginęły nas tam tysiące… dziesiątki tysięcy… a potem już – setki tysięcy… Śmieszna więc wydawała się ziemia i ludzie na niej, zajęci jakże błahymi już w naszych oczach sprawami. Tak przekuwaliśmy się wewnętrznie.

Nie wszyscy jednak. Obóz był probierzem, gdzie się sprawdzały charaktery. Jedni staczali się w moralne bagno. Inni szlifowali swe w charaktery jak kryształ. Rżnięto nas ostrymi narzędziami. Ciosy boleśnie wrzynały się w ciała, lecz w duszy znajdywały pole do przeorania… To przeradzanie się przechodzili wszyscy. Jak pługiem przeorana ziemia odkłada się na prawo w skibę urodzajną – po lewej zostawała do przeorania dopiero w następnym cięciu. Czasami tylko pług wyskakiwał na jakimś kamieniu i zostawał kawał roli nie przerobiony, jałowy… nieużytek…

Opadły z nas wszystkie tytuły, dystynkcje, dyplomy – zostały tam daleko, na ziemi… Patrząc jak gdyby z zaświatów na sylwetki ubrane w te ziemskie naleciałości, widziało się całą naszą paczkę w przeszłości: jednego z takim, drugiego z innym tytułem, lecz nie mogło się patrzeć inaczej, jak z uśmiechem pobłażliwym… Byliśmy już wszyscy z sobą „na ty”. Przez „pan” zwracano się tylko do „zugangów”, bo oni jeszcze tego nie rozumieli. Wśród nas był to z reguły zwrot obrażający. Pułkownik R., do którego zwróciłem się przez zapomnienie „Panie pułkowniku”, żachnął się na mnie ze słowami: „Może byś już przestał…”

Jakże inaczej to wygląda na ziemi. Jakiś Munio czy Funio będzie się chwalił wśród kolegów zaszczytem, że z kimś o dwa stopnie starszym mówią sobie „ty”. Tu wszystko znikło bez śladu. Staliśmy się tylko nagą wartością. Tyle człowiek mógł i znaczył, ile był wart…

W ogrodzie komendanta pracowałem dwa dni. Niwelowaliśmy teren, wytyczaliśmy gazony, dróżki. Z głęboko wyciętych dróżek wywoziliśmy ziemię. Wypełnialiśmy wgłębienia grubo sypaną, tłuczoną cegłą. Rozbieraliśmy w pobliżu kilka domków. W ogóle wszystkie domy koło lagru, a szczególnie w pasie „kleine Postenkette” (mały łańcuch wart), czyli w pierścieniu o promieniu paru kilometrów, musiały być rozebrane. Ze specjalnym zacięciem i jakąś wściekłością rzucali się niemieccy dozorcy na te budowle, postawione tu przez ludność polską. Bogate wille i skromne, lecz schludne domki, na postawienie których jakiś robotnik polski pracował może całe życie, znikały z powierzchni rozbierane rękami więźniów – Polaków, pędzonych drągami, bitych, kopanych i lżonych różnymi „verfluchtami”. Do takiego znęcania się tak w ogrodzie jak i przy rozbiórce domków była przez cały czas tych robót nieprzerwana okazja.

Po zdarciu dachów, rozebraniu ścian takiego domku, najtrudniejsza praca była przy rozbieraniu fundamentów, które zniknąć musiały bez śladu. Doły zasypywano i gospodarz, jeśli wróci, będzie musiał długo ustalać miejsce, gdzie kiedyś było jego rodzinne gniazdo. Wykopywaliśmy bowiem również nawet niektóre drzewa. Z całego obejścia nie zostawało nic.

Podczas gdy niszczono jedno z takich domostw, spostrzegłem zawieszony na krzaku obraz Matki Boskiej, który, wydawało mi się, z jakimś spokojem samotnie tu tkwił i pozostał cały wśród tego chaosu i zniszczenia. Nasi nie chcieli go zdjąć. W pojęciu kapów, wystawiony na deszcz, śnieg i mróz właśnie tu najbardziej narażony będzie na poniewierkę. Toteż znacznie później, na ośnieżonym krzaku można było widzieć szronem pokryty obrazek, połyskujący złoceniami, ukazujący przez zapotniałą szybkę tylko twarz i oczy, który dla więźniów pędzonych tędy zimą do pracy wśród dzikich krzyków i kopniaków, był miłym zjawiskiem, kierującym ich myśli do domów rodzinnych, jednego do żony, innego – do matki.

Przemoczeni w czasie pracy, przemoczeni na apelach, na noc składaliśmy mokre drelichy pod głowę zamiast poduszek. Rano wkładało się takie ubranie i szło się bosą nogą w spadających drewniakach, bez czapek, znowu na deszcz lub przenikliwy wiatr. Był już listopad. Czasami prószył śnieg. Koledzy się wykańczali. Szli do szpitala i więcej już nie wracali. Dziwne – nie należałem do herkulesów, a jednak nawet kataru nie miałem.

Po paru dniach pracy w ogrodzie, Michał umieścił mnie w dwudziestce, którą sobie mógł dobrać. Toteż dobierał ją z kolegów, przeważnie już zaprzysiężonych lub takich, na których można było liczyć, że się znajdą w naszej w organizacji – ludzi wartościowych, których należało ratować. Dwudziestka nasza należała do setki, która między kilkunastoma innymi setkami szła na „Industriehof II”. Tam szaleli kapowie: „August Czarny”, Sigrud, Bonitz, „August Biały” i inni. Było paru kilkunastoletnich „szczeniaków”-volksdeutschów na usługach niemieckich, którzy mieli radość w biciu więźniów po twarzy, biciu kijem, itp. Jeden z nich przeliczył się nieco i po paru dniach znaleziono go wiszącego w jednym z baraków; musiał się sam powiesić, nikt mu nie pomagał – taki był rozkaz wyraźny w lagrze.

Michał jako Vorarbeiter ze swoją dwudziestką dostał do rozbiórki jeden z domków w polu. Tam zaprowadził nas wszystkich i tam „pracowaliśmy pilnie” przez parę tygodni. Siedzieliśmy wśród załomów fundamentów domu i wypoczywaliśmy po pracy, uderzając od czasu do czasu kilofem, by słychać było tu odgłos jakiejś pracy. Od czasu do czasu paru kolegów wynosiło na noszach gruz, w który zamieniały się ściany i fundamenty burzonego domku. Materiał w postaci gruzu używany był do budowy drogi odległej od nas o kilkaset metrów. Do domku tego, położonego daleko od terenów pracy reszty setek, nikt z władzy naszej nie raczył zaglądać. Kapowie mieli tak wiele pracy przy wykańczaniu kilkunastu setek „wściekłych psów polskich”, że nie pamiętali o nas, lub nie chcieli się fatygować przez błotniste pole. Michał stał na straży i pilnie obserwował. Gdy jakiś esesman lub kapo był gdzieś w bliskiej odległości, wtedy natychmiast sunęła para kolegów z noszami, kilofy uderzały raźniej w cement fundamentów i w sklepienia piwnic.

Podczas pracy stałem obok Sławka Szpakowskiego. Rozmowa nasza toczyła się przeważnie na tematy kulinarne. Obaj byliśmy optymistami. Doszliśmy do wniosku, że co do potraw gusty mamy prawie identyczne. Sławek więc układał menu, jakim kiedyś przyjmie mnie u siebie, w Warszawie, po powrocie z lagru. Od czasu do czasu, gdy nam chłód dokuczał i deszcz lał za kołnierz, braliśmy się do pracy na serio, odłupując wielkie bryły betonu.

W pasiakach, z kilofami i młotkami, przedstawialiśmy obraz, do którego tylko można było dośpiewać zwrotkę: „…w minach kując kruszec młotem” i Sławek obiecywał namalować – po wyjściu z tego piekła – mój portret w pasiaku i z kilofem. Tylko optymizm podtrzymywał nas, bo reszta – cała rzeczywistość była bardzo czarna. Głód skręcał nam już kiszki. Ach, gdyby teraz można było mieć tamten chleb, który złożyliśmy na placu do taczek, w dzień przyjazdu do obozu. Wtedy jeszcze nie potrafiliśmy cenić chleba.

W pobliżu miejsca naszej pracy, za drutami, umieszczonymi na granicy „wielkiego łańcucha wart” pasły się dwie kozy i krowa, które z apetytem zajadały liście kapuściane rosnące po tamtej stronie drutów. Po naszej stronie nie było już liści kapuścianych – wszystkie były zjedzone. Nie przez krowy, lecz przez stwory do ludzi podobne – przez więźniów – przez nas. Zjadaliśmy kapustę i buraki pastewne w surowym stanie. Zazdrościliśmy wtedy krowom – im buraki nie szkodziły. My w ogromnym procencie chorowaliśmy na żołądki. Wśród więźniów panował ogarniający coraz większe masy więźniów i panoszący się w tamtym okresie w obozie „Durchfall”, czyli po polsku – biegunka, dyzenteria.

Na żołądek jakoś nie chorowałem. Sprawa prozaiczna – zdrowy żołądek, to ważna rzecz w obozie. Kto zachorował, musiał mieć wiele silnej woli, by powstrzymywać się od jedzenia, na krótki chociażby okres, zupełnie. O diecie specjalnej mowy nie było. Mogła być stosowana w szpitalu, jednak tam początkowo trudno się było dostać i rzadko się wracało. Wychodziło się przeważnie z dymem przez komin krematorium. Siła woli, stanowiąca tak wiele, w tym wypadku nie wystarczała. Nawet, gdy więzień się opanował i oddawał obiad, a chleb suszył, na dzień następny, lub go spalał na węgiel i zjadał dla powstrzymania biegunki, to i tak był osłabiony ciągłym rozstrojem żołądka, a w pracy komanda, pod okiem kata z kijem, z braku sił do pracy „podpadał” jako „ein fauler Hund” i był kończony biciem.

Wracając do lagru na apel południowy i wieczorny, czyli dwa razy dziennie, musieliśmy wszyscy nieść cegły. Przez pierwsze dwa dni nosiliśmy po 7 cegieł każdy, później przez kilka dni – 6, a na koniec ustaliła się norma 5 cegieł. W obozie, gdy przyjechaliśmy, ogrodzonych było drutem sześć bloków piętrowych i czternaście parterowych. Na placu apelowym budowano osiem bloków nowych, piętrowych, a wszystkie parterowe podnoszono do piętrowych. Materiał (cegły, żelazo, wapno) nosiliśmy do obozu z odległości kilku kilometrów i zanim budowy zostały zakończone, zakończyło też swe życie wiele tysięcy więźniów.

Praca w dwudziestce Michała zaoszczędziła wiele sił kolegom. Poczciwy Michał, stojąc na straży naszego bezpieczeństwa – na zewnątrz domku – zaziębił się, dostał zapalenia płuc i dostał się do szpitala. Zmarł w grudniu. Kiedy odszedł od nas do HKB (był jeszcze koniec listopada) wzięto nas do galopu tak, jak wszystkie inne dwudziestki i setki.

Zaczęło się znowu mordowanie na całego. Wyładowywaliśmy wagony towarowe, wtaczane na bocznice kolejowe. Żelazo, szkło, cegła, rury, dreny. Przywożono wszelki materiał potrzebny do rozbudowy obozu. Wagony musiały być rozładowane szybko. Więc znowu pod kijem zwijało się, nosiło, potykało, upadało. Przygniatani byliśmy czasami ciężarem dwutonowej belki lub szyny. Ci nawet co nie upadali, wyczerpywali zapas swych sił, nagromadzony widocznie kiedyś w przeszłości. Dla nich było coraz większą z dnia na dzień niespodzianką, że jeszcze żyją, jeszcze chodzą, wtedy, gdy dawno przekroczyli granice tego, co najsilniejszy człowiek może znieść. Tak, tutaj rodziła się z jednej strony jakaś ogromna pogarda dla tych, których ze względu na ciało musiało się zaliczać do ludzi, lecz rodziło się też uznanie dla dziwnej natury ludzkiej, tak silnej duchem, iż – zdawało się – mającej w sobie coś z nieśmiertelności.

Przeczyły temu co prawda dziesiątki trupów. Wlekliśmy we czterech jednego, idąc na apel do lagru. Zimne nogi i ręce, za które trzymaliśmy ciała, kości obciągnięte siną skórą. Z sino-szaro-fioletowych twarzy ze śladami pobicia patrzyły nieraz obojętne już oczy. Niektóre ciała, jeszcze nie ostygłe, z rozwalonymi jakąś łopatą głowami, huśtały się w takt marszu kolumny, która musiała trzymać krok.

Jedzenie możliwe dla wegetowania w bezczynności, przy ciężkiej pracy było daleko niewystarczające, by zachować energię. Tym bardziej jeśli z tej energii trzeba było jeszcze ogrzewać ciało, zziębnięte przy pracy pod gołym niebem.

Na „Industriehof II”, po stracie Michała, kombinowaliśmy tak ze Sławkiem, lawirując dość sprytnie pomiędzy kijami, by zawsze pracować w możliwej partii. Raz przy wyładowywaniu wagonów, to znowu w komandzie „Straßenbau” u „Augusta Białego”.

Gdy do pracy z tym komandem, wypadło nam przejść koło magazynu, uderzył nasze powonienia silny zapach wędlin. Głodem wyostrzony ten zmysł był wtedy zadziwiająco czuły. W wyobraźni naszej przesunęły się żywo rzędy wiszących szynek, boczków wędzonych, polędwic. Lecz cóż – to nie dla nas! Zapasy są pewno dla „nadludzi”. Zresztą – żartowaliśmy sobie – powonienie to świadczy, że nie jesteśmy już ludźmi. Do magazynów mieliśmy ze 40 metrów; był to więc raczej węch zwierzęcia, niż człowieka… Jedno nas ratowało zawsze – dobry humor.

A jednak warunki te wszystkie razem wzięte zaczęły wykańczać na dobre. Niosąc cegły do lagru, szczególnie wieczorem, szedłem – pozornie tylko – pewnym krokiem. Naprawdę zaś czasami traciłem świadomość i robiłem kilka kroków zupełnie mechanicznie, jakby we śnie, byłem gdzieś daleko od otoczenia… przed oczami robiło się zielono… Niewiele brakowało do tego, bym się potknął… Gdy myśl moja zaczynała znowu działać i rejestrować mój stan wewnętrzny – budziłem się… Przeszywał mnie nakaz: Nie! Nie możesz się poddać! I szedłem dalej pchany tylko wolą… Powoli mijał stan zapamiętania. Wchodziłem przez bramę do obozu. Tak, teraz rozumiałem napis na bramie: „Arbeit macht frei”! O tak, rzeczywiście… praca czyni wolnym… wyzwala z obozu… ze świadomości, jak to przeżywałem przed chwilą. Wyzwala ducha z ciała kierując to ciało do krematorium… A jednak należało coś wymyślić… coś zrobić, by jakoś ukrócić ten proces utraty sił.

Gdy się spotkałem z Władkami (płk. 1 i dr. 2), Władek 2 pytał zawsze: „No, Tomasz, jak się czujesz?” Odpowiadałem z wesołą miną, że czuję się doskonale. Początkowo dziwiono się, później się przyzwyczajono i wreszcie uwierzono, że się czuję doskonale. Nie mogłem odpowiadać inaczej. Chcąc prowadzić „pracę” – mimo, że koledzy zabrali się do tego szczerze i jeden zdołał umocnić swe stanowisko w szpitalu, gdzie zaczął coś znaczyć, a drugi rozbudowywał piątkę w biurze budowlanym – musiałem jeszcze stale sugerować, że i tutaj praca jest zupełnie możliwa i zwalczać psychozę, której już zaczął ulegać Nr 3. Co by było, gdybym się choć raz poskarżył, że jest mi źle, lub że jestem słaby i że właściwie przyparto mnie pracą tak, iż sam, dla ratowania swego życia, szukam wyjścia… Jasne, że wtedy nie mógłbym ani sugerować niczego innym, ani czegokolwiek od kogoś wymagać… Więc było mi dobrze – na razie tylko dla innych – a potem, o czym napiszę niżej, powoli doszło do tego, że pomimo ciągłych zagrożeń i napiętych n erwów stało mi się naprawdę dobrze, nie tylko w słowach kierowanych do innych.

Nastąpiło niejako rozdwojenie. Wtedy, gdy ciało było stale udręczone, duchowo człowiek czuł się czasami – nie przesadzając – wspaniale. Zadowolenie zaczęło się gnieździć gdzieś w mózgu, tak z powodu przeżyć duchowych, jak i z powodu ciekawej gry, czysto intelektualnej, którą prowadziłem. Należało jednak przede wszystkim własne ciało jakoś uchronić od uśmiercenia. Dostać się jakoś pod dach, żeby uniknąć wykończenia się spowodowanego potwornymi warunkami atmosferycznymi pod gołym niebem.

Marzeniem Sławka było dostać się do rzeźbiarni w stolarni. Później miał się starać, by i mnie tam wciągnąć. Były w obozie już dwie stolarnie. Jedna, wielka, na „Industriehof I”, druga – mała, w samym obozie na bloku 9 (stara numeracja). Do tej stolarni zdołał się już dostać mój kolega z pracy jeszcze w Warszawie, kpt.3, imieniem Fred. Pytany, poinformował mnie, że może i mnie by się udało tam dostać, gdybym potrafił przekonać czymś Vorarbeitera stolarni. Był nim volksdeutsch – Westrych Wilhelm – pochodzący z Pyr pod Warszawą. Siedział tu za handel walutą i czekał na rychłe zwolnienie. Westrych, jakkolwiek volksdeutsch, jednak na dwóch stołkach siedzący. Pracując dla Niemców, czasami ratował Polaków, jeśli czuł, że może to mieć dla niego jakąś korzyść w przyszłości. Chętnie ratował jakieś byłe znakomitości, by później, jeśli Niemcy przegrają – dla wybielenia tych lat pracy – powołać się na uratowane przez siebie osoby. Należało więc stać się jakąś byłą znakomitością. Wtedy zdecydowałem się pójść „na cał ego”.

Kolega mój, kpt.8, obiecał nastawić odpowiednio Vorarbeitera i wieczorem wyciągnąć go przed blok 8 (stara numeracja), gdzie mieszkał. Tu też odbyła się nasza rozmowa. Powiedziałem krótko, że to nic dziwnego, że mnie nie pamięta, bo któż by mógł słyszeć o Tomaszu… Tu wymieniłem moje nazwisko „lagrowe”.

„Otóż, panie, jasne: siedzę tu pod fałszywym nazwiskiem”. Już Parki wzięły nić żywota mego w swe nożyce – pomyślałem za Sienkiewiczem. Ryzykowałem życiem. Wystarczyło, żeby Vorarbeiter zameldował lub zwierzył się komuś ze zgrai esesmanów czy kapów, w której się obracał, że jest tu ktoś pod fałszywym nazwiskiem, a byłbym skończony. Jak czarowałem w dalszej rozmowie z Westrychem, tego tu pisać nie będę. Udało mi się. Zwracał się do mnie przez „pan”, co w ustach Vorarbeitera zwracającego się do szarego więźnia nie miało posmaku obraźliwego, a przeciwnie. Orzekł, że twarz moją musiał gdzieś widzieć… bodaj na jakichś ilustracjach z przyjęć na Zamku Warszawskim i – co najważniejsze – powiedział, iż zawsze ratuje porządnych Polaków, bo właściwie sam się nim czuje, i żebym przyszedł nazajutrz do stolarni (małej), bo on już to z kapem załatwi. Do stolarni na pewno będę przyjęty i przypuszcza, że będę mu wdzięczny w przyszłości… Rozmowa miała miejsce wieczorem 7 grudnia.

Nazajutrz, 8 grudnia, po apelu znalazłem się w stolarni. Dotychczas, gdy pracowałem na polu, chodziłem bez czapki i skarpetek. Tutaj, pod dachem, w cieple, o ironio, dostałem od Westrycha 8 grudnia skarpetki, a w tydzień po tym – czapkę. W stolarni przedstawił mnie kapowi jako dobrego stolarza (marnych w ogóle nie brano), którego trzeba przyjąć jednak na próbę. Kapo przyjrzał mi się i kiwnął głową na znak zgody.

Dzień pracy zszedł mi w zupełnie innych warunkach. Było ciepło, sucho, praca czysta. Karą tu było nie bicie, lecz sam fakt usunięcia z takiego miejsca – wyrzucenie ze stolarni znowu w koszmar lagru. Żeby jednak tu pracować, trzeba było coś umieć. Zdolności mi w życiu nie brakowało – lecz trudno – na stolarce nie znałem się wcale. Stanąłem przy warsztacie dobrego stolarza, późniejszego członka naszej organizacji, kaprala 9 (na imię miał Czesiek). Na nim się wzorowałem i pod jego kierunkiem układałem rękę do ruchów właściwych prawdziwemu stolarzowi. Kapo był w stolarni i znał się na robocie. Należało więc wszelkie ruchy naśladować fachowo.

Na razie nic ważnego nie robiłem. Heblowałem deski lub piłowałem z Cześkiem, który orzekł, że jak na pierwszy raz, to wcale nieźle. Nazajutrz kapo dał mi samodzielną pracę. Tu trzeba już było coś z siebie dać. Na szczęście nie było to nic trudnego, a przy pomocy Cześka udało mi się nieźle. Tego również dnia wkręciliśmy do stolarni Sławka, gdyż akurat kapo poszukiwał rzeźbiarza, a ja i jeden kolega podaliśmy jego. Po paru dniach Czesiek dostał nową robotę od kapo. Przydzielony do jego warsztatu, pomagałem mu w pracy podług jego wskazówek. Był ze mnie zupełnie zadowolony. Lecz niezadowolonym ze sposobu rozwiązania zadania stolarskiego przez Cześka był sam kapo i obaj z trzaskiem wylecieliśmy ze stolarni. Czesiek – majster i ja – jego pomocnik.

„…i trzebaż to było… taki dobry stolarz, a potknął się na cynkach” – omawiali nasz ciężki przypadek stolarze. Czesiek nie potknął się na „cynkach”, tylko zrozumiał, że kapo ich w obstalowanym przedmiocie wcale nie chce mieć. Tak czy inaczej – wypadek nasz był ciężki. Za uchybienie w pracy wyrzucono nas na obóz do karnej roboty w taczkach, do dyspozycji starszego obozu.

Ciężkim porankiem rozpoczął się dla nas dzień w taczkach na lagrze. „Bruno” i Lagerkapo (kapo od porządku w lagrze) nie mieli dla nas względów. Był wielki mróz, lecz „Laufschritt” nie pozwalał nam odczuwać chłodu. Z siłami jednak było gorzej. Czesiek, pracując już dłuższy czas w stolarni, nabrał więcej sił. Mnie wspomogło tylko parę dni odpoczynku w cieple, przez co nabrałem nieco sił. Lecz przecież nie od dziś siedzieliśmy w lagrze. Cześkowi udało się urwać już przed południem, mnie – po południu i zadekowaliśmy się, każdy na innym bloku. Zaczynaliśmy mieć własne chody w lagrze, na co „Zugang” bez ryzyka bicia, nie mógłby się puścić. Dzień jakoś minął, lecz co dalej?

Czesiek nie wrócił do małej stolarni. Spotkałem go później gdzie indziej. Lecz Westrych zajął się widocznie moją osobą na serio… Zawiadomił mnie przez Freda (kpt.8), że mam jutro rano po apelu przyjść do stolarni. Tam nazajutrz wytłumaczył kapowi, że ja wykonywałem tylko to, co Czesiek mi kazał, że ze mnie jest niezły stolarz i kapo się zgodził, bym pracował nadal. A żebym nie podpadł jeszcze raz kapowi, Westrych wymyślił pracę stolarską poza stolarnią. Tu kapo patrzył stolarzom na ręce i na ich ruchy, więc Westrych zaprowadził mnie na blok 5 (stara numeracja) i powierzył blokowemu Baltosińskiemu, mówiąc, że ja mogę mu zrobić dla bloku wycieraczki do nóg, skrzynię na węgiel, naprawić ramę okienną i tym podobne drobne prace, przy których nie potrzeba było być nadzwyczajnym stolarzem. Poza tym zapowiedział Baltosińskiemu (dowiedziałem się później od Jurka 10), żeby uważał na mnie i podkarmiał, bo to się może w przyszłości przydać, gdyż jestem nie byle kto.

Na bloku 5 pracowałem w sali nr 2, której gospodarzem był Stasiek Polkowski z Warszawy (fryzjer). Robiłem na tym bloku wymienione już przedtem przedmioty. Reperowałem lub robiłem z przynoszonych części starych szafek ze stolarni – nowe szafki dla sztubowych. Podkarmiano mnie na salach. Baltosiński przysyłał mi miskę zupy „repety” – zacząłem powracać do sił. Tak pracowałem przez grudzień i początek stycznia 1941 roku, aż do zajścia z Leo, które opiszę niżej.

Kończył się rok 1940. Zanim jednak przejdę do roku 1941 w Oświęcimiu, chciałbym dodać kilka obrazków lagrowych, które do czterdziestego roku jeszcze należą.

Bestialstwo oprawców niemieckich, które zwyrodnialczo podkreślało instynkty wyrostków, zbrodniarzy, niegdyś – kilkuletnich więźniów „kacetów” niemieckich, dziś – stanowiących naszą władzę w Oświęcimiu, przejawiało się tu i tam w najrozmaitszych odmianach. W SK oprawcy zabawiali się rozbijając jądra – przeważnie Żydom – drewnianym młotkiem na pieńku. Na „Industriehof II” esesman, „Perełką” przezwany, ćwiczył swego psa, wilka, w rzucaniu się na ludzi, używając do tego materiału ludzkiego, który nic tu nikogo nie obchodził. Wilk rzucał się na przebiegających podczas pracy więźniów, powalał osłabione ofiary, wgryzał się w ciała, rwał zębami, szarpał narządy płciowe, dusił za gardło.

Pierwszy więzień, który zwiał z Oświęcimia przez pojedynczy wówczas płot z drutów, nie naładowanych jeszcze wtedy prądem elektrycznym, nazywał się – jakby na złość władcom lagru – właśnie Tadeusz Wiejowski. Władze się wściekły. Po ustaleniu na apelu braku jednego więźnia, za karę cały obóz przez 15 godzin trzymano na placu w postawie zasadniczej. Ma się rozumieć, nikt nie dał rady stać na baczność. Pod koniec stójki stan ludzi bez jedzenia, bez możliwości wyjścia do ubikacji był opłakany. Szeregi przebiegali esesmani i kapowie, bijąc kijami tych, co nie mogli stać. Niektórzy mdleli wprost ze zmęczenia. Na interwencję niemieckiego lekarza komendant lagru odpowiedział: „Niech zdychają. Jak połowa będzie zdychać – wtedy zwolnię!” Lekarz ten zaczął przechodzić szeregi i namawiał, żeby się kładli. Gdy ogromna masa ludzi leżała na ziemi, a kapowie nawet do bicia nie mieli ochoty, ogłoszono wreszcie koniec „stójki”.

W następnych miesiącach pracowano nad ogrodzeniem. Postawiono drugi jeszcze płot z drutów wokół pierwszego, w odległości kilku metrów. Z dwóch stron za płotami z drutów zbudowano wysokie płoty z cementu, zabezpieczające obóz przed wglądem weń z zewnątrz. Znacznie później naładowano druciane płoty prądem wysokiego napięcia. Dookoła obozu pomiędzy płotem cementowym a płotem z drutów stały drewniane wieżyczki, panujące nad całym obozem położeniem i bronią maszynową, przy której esesmani pełnili baczną straż. Próbowano więc uciekać nie z obozu, a z pracy, do której wychodzono poza druty. Stopniowo represje za ucieczki złagodniały o tyle, że staliśmy na apelach tak długo, by później, jeśli to był apel wieczorny, zjeść jednak zimną strawę przed samym gongiem do snu. Reguły jednak w tym względzie nie było i czasami przepadała nam kolacja lub obiad.

Nie złagodniały tylko kary za próby ucieczek. Więzień taki zawsze przypłacał to życiem, zabijany od razu po złapaniu, czy wsadzony do bunkra, bądź też wieszany publicznie. Złapanego na nieudanej ucieczce więźnia ubierano jak na pośmiewisko w czapkę o oślich uszach i przyczepiano mu inne fatałaszki. Zawieszano mu na szyi tablicę z napisem „to jest osioł… czynił wysiłek ucieczki…”, itp. Przywiązywano mu też bęben w pasie i tak po komediancku ubrany niedoszły uciekinier, bijąc w bębenek , odbywał swój ostatni marsz na ziemi, wśród kolegów, stojących w szeregach na apelu – ku uciesze naigrawających się „piesków” lagru. Bloki, wyrównane na apelu, przyjmowały tę makabryczną komedię głuchym milczeniem.

Zanim jednak znaleziono takiego delikwenta, bloki stawały na „stójce”. Kilka setek więźniów pod przewodnictwem zgrai kapów i zgrai psów szło na poszukiwanie zbiega (zbiegów), który krył się przeważnie gdzieś w rejonie pomiędzy małym a wielkim łańcuchem wart, jeśli wielkiego łańcucha wart nie zdołał przekroczyć. Posterunki stojące na wieżyczkach wielkiego łańcucha wart zdejmowane były dopiero wtedy, gdy stan więźniów na apelu wieczornym zgadzał się ze stanem więźniów w obozie na dzień bieżący.

Kiedyś na wieczornym apelu w dzień wyjątkowo zimny i dżdżysty, kiedy padał deszcz na przemian ze śniegiem, rozległa się przeraźliwa syrena – złowieszcza zapowiedź „stójki”. Stwierdzono brak dwóch więźniów. Zarządzono karną „stójkę” do czasu odnalezienia zbiegów, którzy musieli ukryć się gdzieś na „Industriehof II”. Kapów, psy i parę setek więźniów wysłano wtedy na poszukiwania, które trwały długo. Śnieg, deszcz, zmęczenie pracą, niedostateczne ubranie więźniów, wykańczały nas w tym dniu dotkliwie na stójce. Wreszcie gongiem ogłoszono znalezienie zbiegów. Do obozu wróciły już tylko bezwładne ciała tych nieszczęśliwców. Któryś z drabów, wściekły na przedłużenie dnia pracy, przebił od tyłu jednego z nich wąską, spiczastą deską na wylot przez nerki i żołądek, i tak omdlałego, z siną, wykrzywioną twarzą przyniosło czterech drabów do lagru. Tak, tym zbiegom ucieczka nie opłacała się i była aktem wielkiego egoizmu, gdyż stójka tysięcy kolegów na zimnie przyniosła w skutkach ponad setkę trupów. Zginęli wprost z zimna, utracili swe siły do życia. Innych zabrano do szpitala, gdzie przez noc zmarli.

Czasami, choć nikt nie uciekł z obozu, a była wstrętna pogoda, trzymano nas na apelu długo – kilka godzin, nie mogąc się niby doliczyć stanu. Władze szły gdzieś pod dach, rzekomo robić zwykły rachunek – nas wykańczał chłód, deszcz, czy też śnieg i ten przymus stania w miejscu bez ruchu. Trzeba się było bronić całym organizmem, naprężać mięśnie i zwalniać, a przez to wytworzyć trochę ciepła do ratowania życia.

Na apelach raport od blokowego przyjmował esesman-„Blockführer”. Po odebraniu raportów z paru bloków, esesman szedł przed pulpit „Rapportführera”, którym był SS-Obersturmführer Gerhard Palitzsch, którego sami esesmani bali się jak ognia. Za byle co karał ich bunkrem, na skutek też jego meldunku esesman szedł na front. Toteż był on postrachem wszystkich. Gdy Palitzsch się zjawiał, zalegała cisza.

Na stanowiska blokowych zaczęli windować się ludzie, których niegdyś miałem za Polaków, lecz którzy tutaj w wielkim procesie zaparli się polskości – byli to Ślązacy. Mając poprzednio o nich jak najlepsze zdanie – tu się oczom wierzyć nie chciało. Kończyli Polaków, za swoich ich nie uważając; sami się mieli za szczep jakiś niemiecki. Kiedyś zwróciłem uwagę jednemu Vorarbeiterowi, pochodzącemu ze Śląska: „Po co go bijesz? Przecież to jest Polak”. A on mi na to odpowiedział: „Ale ja Polakiem nie jest – jam jest Ślązak. Rodzice moi Polakiem mnie chcieli zrobić, ale Ślązak to Niemcy. Polak to w Warszawie mieszkać musi, a nie na Śląsku.” I bił tamtego kijem w dalszym ciągu.

Było dwóch blokowych-Ślązaków: Skrzypek i Bednarek, którzy byli bodaj gorsi od najgorszego Niemca. Kończyli kijem tak wielką ilość więźniów, że i „Krwawy Alojz”, który zresztą trochę już wziął na „wstrzymanie”, nie mógł tym drabom dorównać. Codziennie, stojąc na wieczornym apelu, można było widzieć na lewym skrzydle bloków, u tych oprawców, stojące taczki ze zwłokami więźniów. Robotą swoją chwalili się esesmanom, u których składali raport ze stanu.

Uogólnić jednak tego nie można, bo jak wszędzie, tak i tutaj w tej regule były wyjątki. Rzadko był tu Ślązak, który był dobrym Polakiem, lecz gdy już się taki zdarzył, mogłeś mu swoje życie spokojnie zawierzyć. Wierny to był przyjaciel. Był taki Ślązak – blokowy Alfred Włodarczyk i był Smyczek; byli też Ślązacy i w naszych piątkach, o czym napiszę później.

„Krwawy Alojz”, o którym wspomniałem, przestał już być blokowym. Blok 17a (stara numeracja) zamieniono na skład worków z ubraniami więźniów. Transporty więźniów wciąż napływały, zwiększając numer bieżący – ewidencyjny; stan lagru natomiast nie zwiększał się wcale. Był odpływ przez komin krematorium. „Efekty” jednak – worki z naszym ziemskim dobytkiem – były skrupulatnie przechowywane. Zajęły już całe wolne miejsce na bloku 18. Rozszerzono więc „lokum” zajęte pod magazyn „Effektenkammer” o piętro na 17 (blok 17a); wszystkich więźniów przeniesiono na różne bloki.

Od 26 października mieszkałem na bloku 3a (na piętrze), gdzie blokowym był Koprowiak. Ktoś o nim – o jego przeszłości w jakimś więzieniu – mówił mi bardzo dobrze. Tu zaś widziałem, że czasem bił – może nawalały mu już nerwy. Przeważnie jednak bił wtedy, gdy patrzał jakiś Niemiec. Może chciał zadekować życie, może stanowisko. Na stanowisku blokowego dla więźniów-Polaków był jednym z lepszych blokowych. Na bloku 3a mieszkałem na pierwszej sali, której sztubowym był Drozd. Typ życzliwy, podchodził do kolegów z sali serdecznie – bez bicia. Blokowy pozostawiał pod tym względem wolną rękę.

Pewnego razu, z piętra tego bloku, widziałem przez okno scenę, która mi utkwiła na długo w pamięci. W dzień pracy zostałem w obozie. Poszedłem do ambulansu, wezwany stamtąd kartką. Po powrocie zostałem na bloku. Padał deszczyk, dzień był ponury. Na placu pracowała SK wożąc żwir, wyrzucany łopatami z dołu. Prócz tego, marznąc, stało jakieś komando ćwiczące gimnastykę. Koło dołu trzech esesmanów, nie mogąc odejść od komand w obawie przed Palitzschem lub komendantem, który kręcił się tego dnia po obozie, wymyśliło sobie rozrywkę. Zakładali się o coś ze sobą, każdy położył banknot na cegle. Następnie zakopywali jednego więźnia głową w piach, starannie zasypując dół. Patrząc na zegarki – liczyli, ile minut ruszać będzie nogami. Nowoczesny totalizator – pomyślałem sobie. Ten widocznie, który był najbliżej prawdy w określeniu, jak długo człowiek tak zasypany rusza się jeszcze zanim skona – ten zgarniał pieniądze.

Tak dobiegał końca rok 1940.

Zanim jeszcze dostałem się do stolarni i doznałem korzyści z niej płynących, a więc i dodatkowego jedzenia na bloku 5, głód skręcający wnętrzności wzmógł się tak bardzo, że zacząłem pożerać oczami chleb otrzymywany wieczorem przez tych, co na dobrych już będąc „posadach”, mogli zaoszczędzić część chleba na ranek. Staczałem z sobą najcięższą walkę zdaje się w życiu. Cały problem był w tym, jak to zrobić, by i teraz zjeść, i na ranek coś zostawić… Ale nie będę pisał o głodzie ludziom sytym… lub tym, co otrzymując paczki z domu, czy z Czerwonego Krzyża, żyjąc bez przymusu pracy, narzekali później, że bardzo byli głodni. Ach! Nasilenie głodu przechodzi całą skalę stopniowania. Czasami zdawało się, że zdolny byłby człowiek wykroić kawał ciała z leżącego pod szpitalem trupa. Wtedy właśnie, przed samym Bożym Narodzeniem, rozpoczęto wydawanie nam rano kaszy jęczmiennej zamiast „herbaty”, co było wielkim dobrodziejstwem i nie wiem, komu to zawdzięczaliśmy. (Tak było do wiosny.)

Na Święta postawiono nam w obozie parę choinek pięknie iluminowanych. Kapowie wieczorem na stołkach pod choinką położyli dwóch więźniów i wtłukli im w część ciała, zwaną na wolności miękką, po 25 kijów. Miał to być żart w duchu niemieckim.

Kary w Oświęcimiu stopniowano.

Najlżejszą karą było bicie na stołku. Odbywało się to publicznie, wobec wszystkich bloków stojących na apelu. Przygotowany był „mebel egzekucyjny” – stołek z uchwytem na nogi i ręce po obu stronach. Stawało dwóch drabów esesmanów (często bił sam Seidler, lub czasami Lagerältester Bruno) i biło więźnia w obnażoną część ciała, by nie niszczyć ubrania. Bito bykowcami lub po prostu ciężką laską. Po kilkunastu uderzeniach przerzynało się ciało. Tryskała krew i dalsze razy uderzały już tak, jak w siekany kotlet. Byłem świadkiem tego nie raz. Czasami otrzymywano 50 kijów, czasami – 75. Pewnego razu, przy wymiarze kary 100 kijów, około dziewięćdziesiątego uderzenia więzień – jakiś mizerak – zakończył życie. Jeśli delikwent żył, to musiał wstać, zrobić kilka przysiadów dla wyregulowania obiegu krwi i stojąc na baczność, podziękować za słuszny wymiar.

Drugą karą był bunkier w dwóch rodzajach. Bunkier zwykły – były to cele w piwnicach bloku 13 (stara numeracja), gdzie siedzieli przeważnie kapowie lub esesmani przed przesłuchaniem do dyspozycji wydziału politycznego lub za karę. Cele bunkrów zwykłych zajmowały 3 części piwnicy 13 bloku, w pozostałej, czwartej części, mieściła się cela podobna do tamtych, lecz pozbawiona światła – „ciemnią” zwana. W jednym końcu bloku korytarz piwnicy zawracał pod kątem prostym w prawo i zaraz się kończył. W tej odnodze korytarza mieściły się małe bunkry zupełnie innego rodzaju. Były to trzy tak zwane „cele do stania” (Stehbunker). Za czworokątnym otworem w ścianie, przez który mógł wejść tylko zgarbiony, mieściła się niby-szafa o wymiarach 80×80 cm, wysokości 2 metry, tak że stać tam można było swobodnie. Do takiej „szafy” jednak wciskano, pomagając kijem, czterech więźniów skazanych na karę „Stehbunkra” i zamykając ich sztabami, pozostawiano do rana (od godziny 19.00 do 6.00 rano). Zdawałoby się to niemożliwe, lecz ż yją dziś jeszcze świadkowie, którzy odbywali karę „Stehbunkra” w towarzystwie kolegów, wciśnięci do takiej „szafy” w ilości ośmiu ludzi! Rano ich wypuszczano i brano do pracy, a na noc znowu wciskano, jak śledzie, zamykając sztabami żelaznymi do rana. Wymiar kary zazwyczaj sięgał 5 nocy, lecz bywał również i znacznie większy. Kto nie miał w pracy jakichś stosunków z władzą, ten po jednej lub paru takich nocach, w robocie, z braku sił, zazwyczaj kończył życie. Kto mógł za wiedzą kapa odpocząć w dzień w komandzie, ten jakoś tę karę szczęśliwie przetrzymywał.

Trzecią karą był zwyczajny „słupek” zapożyczony z austriackich metod karnych. Z tym, że wiszących, uwiązanych za ręce z tyłu, od czasu do czasu bujał dla zabawy dozorujący esesman. Wtedy stawy trzeszczały, w ciało wrzynały się sznury. Dobrze było, gdy nie zjawiał się tu „Perełka” ze swym wilkiem. W ten sposób prowadzono czasami dochodzenia, pojąc wiszącego sokiem z sałatki-marynaty, krótko mówiąc – octem, by nie zemdlał przedwcześnie.

No i czwartą, najcięższą karą, było rozstrzelanie – śmierć zadana szybko, o ileż bardziej humanitarna i jak bardzo, przez długo męczonych, pożądana. „Rozstrzelanie” – to nie jest określenie właściwe; właściwym byłoby: zastrzelenie lub nawet – zabicie. Odbywało się to również na bloku 13 (stara numeracja). Był tam dziedziniec ograniczony blokami (pomiędzy 12 i 13). Od wschodu zamknięty murem, ścianą łączącą bloki, a nazywaną „ścianą płaczu”. Od zachodu też stał mur, w którym była brama, przeważnie zamknięta, zasłaniająca widok. Otwierała swe podwoje przed ofiarą żywą lub dla wyrzucenia okrwawionych trupów. Przechodząc tamtędy, czuło się taki zapach, jaki panuje w rzeźni. Rynsztoczkiem płynęła czerwona struga. Bielono rynsztoczek, lecz prawie codziennie wśród białych brzegów czerwona rzeczka wiła się na nowo… Ach! Gdyby nie była to krew… nie krew ludzka… nie krew polska… i to ta najlepsza… wtedy, kto wie, czy nie można by było w samym zestawieniu barw się lubować… Tyle na zewnątrz. Wewnątrz n atomiast działy się rzeczy bardzo ciężkie i straszne. Tam kat Palitzsch – przystojny chłopak, który w lagrze nikogo nie bił, bo to nie było w jego stylu – wewnątrz zamkniętego dziedzińca był głównym autorem scen makabrycznych. Skazani, w rzędzie, stawali nago przy „ścianie płaczu”, on im kolejno przykładał małokalibrowy karabinek pod czaszkę z tyłu głowy i kończył im życie. Czasami do tego celu używał zwyczajnego bolca do zabijania bydła. Sprężynowy bolec wrzynał się w mózg, pod czaszkę i kończył życie. Czasami wprowadzano grupkę cywili, których dręczono w podziemiach zeznaniami, Palitzschowi dając ich do zabawy. Dziewczętom kazał się Palitzsch rozbierać i biegać w koło po zamkniętym dziedzińcu. Stojąc w środku, wybierał długo, po czym mierzył, strzelał, zabijał – kolejno wszystkie. Żadna nie wiedziała, która zginie zaraz, a która jeszcze pożyje chwilę, czy też może znowu wezmą na badania… On zaprawiał się w celnym mierzeniu i strzelaniu.

Sceny te widziane były z 12 bloku przez kilku sztubowych, stojących na straży, by w tym momencie żaden z więźniów nie podchodził do okien. Okna zabezpieczano „koszami”, lecz nie dość szczelnie – więc widziano dokładnie. Innym razem widziano z 12 bloku przywiezioną jakąś rodzinę, stojącą na dziedzińcu przed „ścianą płaczu”. Palitzsch strzelił najpierw w ojca rodziny i zabił go na oczach żony i dwojga dzieci. Po chwili zabił małą dziewczynkę, trzymającą się kurczowo ręki bladej matki. Później wyrwał matce malutkie dziecko, które nieszczęśliwa kobieta tuliła mocno do piersi. Chwycił za nogi – rozbił główkę o ścianę. Wreszcie zabił matkę wpółprzytomną z bólu. Jest to scena powtarzana mi przez kilku kolegów-świadków, tak dokładnie i tak jednobrzmiąco, że nie mogę mieć żadnej wątpliwości, że tak właśnie było.

Na Boże Narodzenie 1940 roku więźniowie po raz pierwszy otrzymali paczki od rodzin. O nie! Nie żywnościowe! Żywnościowych nie wolno było wysyłać do nas, żeby nam nie było za dobrze. Niektórzy otrzymali więc pierwszą paczkę w Oświęcimiu – paczkę odzieżową, zawierającą rzeczy z góry określone: sweter, szalik, rękawice, nauszniki, skarpetki. Więcej przysyłać nie można było. Jeśli w paczce była bielizna – szła do worka w „Effektenkammer” pod numer więźnia i tam leżała. Tak było wtedy. Później zdołaliśmy wleźć wszędzie przez zorganizowanych kolegów. Paczka na Boże Narodzenie była jedną jedyną w roku, i choć nie zawierała jedzenia, była jednak potrzebna ze względu na ciepłe rzeczy i miła, bo z domu.

W święta Westrych z kapem stolarni wykombinowali dla stolarzy dodatkowe kotły z doskonałym gulaszem z kuchni esesmańskiej i w stolarni odbyła się libacja, częstowano kolejno zjawiających się tam stolarzy. Kotły takie przychodziły kilka razy, przywożone pod wielkim sekretem przez esesmanów, którzy otrzymywali pozbierane przez Westrycha od nas pieniądze.

Rok 1941 zaczął się dla mnie dalszą pracą stolarską na bloku 5, gdzie stale wymyślałem jakąś robotę. Blokowy nie wtrącał się do mojej pracy. Spotkałem tu kolegę Gierycha, syna moich znajomych, z których mieszkania korzystałem w Orle w latach 1916/17, do celów konspiracyjnych. Na blok 5 codziennie prawie przychodził starszy obozu Leo (nr więźnia – 30). Na wejście na salę, tak esesmana jak również i starszego obozu obowiązywało krzyknięcie „Achtung!” i złożenie raportu. Robiłem to bez zarzutu, dodając na końcu meldunku: „…ein Tischler bei der Arbeit”. Leonowi (Leon Wieczorek) to odpowiadało. Nie interesował się wcale, co tu robię tak długo i jak paw wychodził z sali.

Blok 5 był blokiem młodocianych, mieszkali tu chłopcy 15-18-letni, których III Rzesza miała nadzieję jeszcze przekabacić. Mieli tu pewien rodzaj kursów. Leo przychodził tu co dzień, lubił młodzież, lecz lubił chłopców… zanadto… Był zboczeńcem. Wybierał tu ofiary swego zwyrodnienia. Karmił, odżywiał, zmuszał do uległości dobrobytem albo strasząc SK, a gdy miał chłopca dosyć, jak też żeby nie mieć niewygodnego świadka zakazanego postępowania, wieszał swą ofiarę, przeważnie nocą w ustępie. Około 15 stycznia stałem przy oknie, gdy na salę wszedł Leo. Nie zauważyłem go i nie krzyknąłem: „Achtung!”, gdyż uwagę moją pochłonął widok „Zugangu” przez szybę. Jednocześnie zauważyłem pułkownika 11 za oknem. Leo był wyraźnie niezadowolony. Podszedł do mnie i powiedział: „Za długo już tu siedzisz na bloku. Żebyś mi jutro już tu nie przychodził.”

Powiedziałem o tym Westrychowi, a on kazał mi jednak tam pójść. Więc dnia następnego poszedłem znowu na bok 5. Wkrótce za mną przyszedł Leo i wpadł we wściekłość. „Deine Nummer?” – krzyknął i dziwne tylko, że mnie nie uderzył. „Rrraus mit dem alles!” – wskazał na narzędzia. Wynosiłem się dość szybko, a on notował mój numer, krzycząc w ślad za mną, że będę ze stolarni jeszcze dziś wyrzucony. W stolarni opowiedziałem o zajściu Westrychowi. Zaraz za mną wpadł Leo. Szczęśliwym trafem kapa nie było. Zastępował go Westrych, który pozwolił Leowi wykrzyczeć się do woli, po czym wyjaśnił, że stolarz ten wczoraj meldował mu o wszystkim, co zaszło, lecz on kazał mu dziś pójść na blok 5, pozabierać stamtąd wszystkie narzędzia. I Leo się uspokoił.

Zostałem jednak nadal stolarzem, pracując na wszelki wypadek w drugim pokoju, zajmowanym przez stolarnię na tymże bloku 9. Po paru dniach Westrych kazał mi zabrać narzędzia i iść za nim na obóz. Zaprowadził mnie na blok 15 (stara numeracja). Był to szpital więźniarski. Blokowy szpitala, choć na ogół trochę zwariowany Niemiec, chciał jednak mieć na bloku porządek. Westrych mu poradził już poprzedniego dnia, żeby obramować sienniki listwami. Łóżek tu nie było. Chorzy leżeli pokotem na podłodze, w straszliwych warunkach. Sienniki rzucone na podłogę (chorzy leżeli głowami do ściany), nie zawsze wyrównane, pogarszały jeszcze obraz. Zdecydowano więc dać listwy przy końcach sienników ułożonych pod ścianami w dwa rzędy. Listwy te biegnąc wzdłuż sali, tworzyłyby na środku podłogi obramowane równo przejście.

Blokowy mi się przyjrzał i zapytał, czy potrafię tę robotę dobrze wykonać. Za złą robotę czekał mnie kij na stołku, za dobrą – codziennie repeta. Zacząłem więc tu pracę i salę po sali zaopatrywałem w obramowania, a listwy przymocowywałem do podłogi za pomocą winkli. Dano mi do pomocy jakiegoś inżyniera z Warszawy przysłanego przez Westrycha. Jedliśmy repetę codziennie obaj. Jedzenia było na bloku pod dostatkiem. Fasowano na wszystkich, a niektórzy chorzy już nic do ust wziąć nie chcieli. Inżynier z Warszawy zaraził się tu grypą. Przyjęty do szpitala na tym samym bloku, w warunkach, jakie były wtedy w HKB, w strasznych wszach, wkrótce zakończył życie. Robotę z listwami kończyłem już sam jeden.

Niebawem przyszła i na mnie kolej. Zaraziłem się jakąś grypą czy przemarzłem na apelu. Zima była dość ostra. Mieliśmy już co prawda wydane jeszcze przed Bożym Narodzeniem płaszcze, lecz z „Ersatzu”, bez podszewki – bardzo słabo chroniły od mrozu. Walczyłem z chorobą przez kilka dni. Miałem gorączkę, która dochodziła wieczorami do 39 stopni, tak że zostałbym przyjęty do szpitala nawet bez żadnej protekcji. Jednakże pójść do szpitala nie chciałem. Były tego dwa powody – straszliwe wszy w szpitalu i koniec z pracą w stolarni.

Broniłem się więc, jak mogłem, lecz choroba uczepiła się mnie mocno i nie chciała ustąpić. Najgorsze było stanie na apelach z rozpaloną głową, gdy przeszywany byłem wiatrem. Nie wiem, jakby się te zapasy skończyły. Zdecydowała o tym rzecz zupełnie inna. Na bloku, na pierwszej sali mieliśmy nadal możliwe stosunki. Po sztubowym Droździe, przyszedł inny – Antek Potocki. Niektórzy z nas pełnili różne funkcje sprzątających. Do mnie należały: okna, drzwi i lampy.

Wszystko by było na bloku możliwe, gdyby nie to, że byliśmy już wszyscy nieco zawszeni. Co wieczór polowano zawzięcie na wszy. Ja zabijałem ich codziennie około setki – myśląc, że przez noc nie nalezie więcej, lecz nazajutrz znowu była nowa setka. Wieczorem trudno było upolować więcej, bo gaszono światło o nakazanej porze. We dnie, w ciągu pracy, też zająć się tym nie można było. W nocy wszy przełaziły z koca do koszuli. Gdyby nawet z koca wyzbierać, to także by nie pomogło; koce we dnie układano wszystkie razem – codziennie więc dostawaliśmy inny koc. Przy ciepłym piecu te stworzenia chętnie przewędrowywały do czystego koca.

Wreszcie zarządzono odwszawianie. Nastąpiło to jednak dla mnie bardzo nie w porę. Miałem większą gorączkę. Wieczorem kazano nam się rozebrać. Ubrania nanizane na drut oddaliśmy do parowania. Potem nago szliśmy pod prysznic na blok 18 (stara numeracja) i nago na blok 17 (stara numeracja). Tam znów całą noc siedzieliśmy nago w kilkuset na sali i było straszliwie duszno. Rano rozdano nam ubrania i pognano na wiatr i mróz przez plac do bloku 3a. Płaszcz swój oddałem choremu wtedy również Antkowi Potockiemu. Ta noc mnie wykończyła.

Prawie nieprzytomny poszedłem do szpitala. Po spryskaniu znowu wodą w łaźni, położono mnie na blok 15 (stara numeracja), na salę 7 (tam, gdzie przybijałem listwy do podłogi), w straszliwe wszy. Tych parę nocy w ciągłej walce z wszami było, zdaje mi się, najcięższe w lagrze. Nie mogłem się jednak poddać – wszom dać się zjadać? Lecz jak tu się bronić? Gdy się spojrzało na koc pod światło – cała powierzchnia była ruchliwa. Wszy bywały rozmaite – małe, większe, pękate, podłużne, białe i szare lub czerwone od krwi, w prążki i w paski, pełzały wolno i po grzbietach innych. Ogarniał mnie wstręt i silne postanowienie nie dać się tej obrzydliwej masie. Zawiązałem mocno kalesony koło kostek i w pasie, koszulę zapiąłem pod szyją i przy rękawach. O zabijaniu pojedynczo – mowy być nie mogło. Gniotłem insekty całą garścią, robiąc szybkie ruchy, zbierając rękami z szyi i z nóg przy stopach. Organizm osłabiony gorączką i ruchami bez przerwy, gwałtownie domagał się snu. Głowa opadała, lecz znowu się dźwigałem. Nie mogł em sobie pozwolić na sen w żadnym razie. Zasnąć – to przestać walczyć – to dać się pożerać. Po godzinie miałem już ciemne plamy na dłoniach od duszenia plugastwa – od posoki ich ciał.